Cały świat do wymiany

grudzień 11, 2019 862

Ten moment, kiedy dowiadujesz się, że Polka dostała Literacką Nagrodę Nobla. Nobel dla naszej zawodniczki! Rodzaj oszołomienia, radość przeplatająca się z autentycznym wzruszeniem. Bo przecież to jest szczyt szczytów. Parnas. Olimp. Olimpiada całej ludzkości, tej grającej w kulturę, a nie w kulki. Poletko nad poletkami. Bombowa wiadomość! Olga! Biało-czerwoni! Pierwsze miejsce w konkurencji nieolimpijskiej. Coś jak Miss Świata dla intelektualistów.

Gdy w 1989 roku Aneta Kręglicka zdobyła koronę najpiękniejszej kobiety świata, stała się legendą za życia. Może nie od razu w takiej Tuluzie, Timisoarze, tudzież innym Vancouverze, ale w Bieszczadach, śmiem zaryzykować, i w znacznej części Chicago na pewno tak! Bo nasza, ach, nasza dziewczyna z tej Anetki. Teoria spiskowa mówiła, że Polka dostała akurat wtedy, bo świat chciał uhonorować naszą ojczyznę wychodzącą z komuny. Wychodzi na to, że spece od urody żeńskiej byli wówczas admiratorami układu zawartego pod koniec PRL przy Okrągłym Stole.

Jeżeli w miarę kumaty Czytelnik tego felietonu, napisanego w świńskim widzie przez człowieka, który do Nobla ma równie daleko, co do Alfreda, zafrasował się nad zawartością poprzednich zdań, nie dziwmy się zatem, że wielu nieoczytanych nadpatriotów, po półminutowym odtrąbieniu sukcesu Polski w zawodach literackich, jęło… krytykować decyzję „lewackiego” komitetu. Pisarka stała się nagle kosmopolitką, dredziarą, feministką, baba-jagą z poniemieckich ziem, miłośniczką kotów, psów i sałatek, zaś jej osobisty sukces równy w wątpliwościach temu samemu rozdzielnikowi co w przypadku przyznania analogicznej nagrody Wisławie a nie Herbertowi. W czasach, gdy Lech Wawelski powolutku staje się założycielem „Solidarności” dziw bierze, że nie odebrano jeszcze Pokojowego Nobla Bolkowi i Lolkowi.

Felieton, ten najbardziej literacki gatunek ze wszystkich gatunków publicystycznych, daje możliwość dotknięcia boskości. Tak jak w życiu codziennym prosty, bywa że prostacki, konsument zanurza się w światach powierzchownego przeżuwania, skupiając się na egzaltowanych obrazach i fantasmagoriach, tak literaci, literatek nie wykluczając, stają przed wyborem przysłowiowego zagospodarowania białej kartki rzędami karnie postawionych znaczków, zwanych dla niepoznaki literami. I mogą zrobić z nimi wszystko. Ku chwale ojczyzny. Uniwersalnej ojczyzny ludzkiej. Ludzkiej myśli.

Świat to za mało? Ten złoty medal literacki jest do wymiany? Bo to wtrącanie się w wewnętrzne sprawy naszego kraju? Ten przysłowiowy szczyt szczytów jest niczym kupa? Kupka… g.wno warta… na Mont Evereście? A może trzeba, zasiadłszy z szabelką na koniku na biegunach, ruszyć wreszcie z kopyta na Biegun Północny? Prostemu potrzebne jest siano, dużo siana. Im więcej, tym lepiej. Siedemnastych emerytur od myślenia, pięćsetek rozplusowanych, wydumanych wrogów w każdym sąsiedzie, od Czecho do Słowacji. Tych od puszczania. Się. Oka. Albo bąka.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany niedziela, 05 kwiecień 2020 08:06
reklama
reklama