Nadmiar wiedzy zabija intuicję

Idziemy w mia100! Idziemy w mia100! Lech Kotwicz

Amatorzy kontra profesjonaliści? Amatorzy – czy profesjonaliści? Kto górą? (A kto doliniarzem?). Malarz z dyplomem, czy naturszczyk z iskrą? Ten, czy tamten? Sens wynika właśnie z postawienia pytania – nie zawsze z odpowiedzi.

Postarajmy się na to popatrzeć – w lekkości prowokacji – z osadzonego w szerszym kontekście punktu: W refleksji nad stanem dzisiejszej kultury powraca jak bumerang motyw coraz powszechniejszej biegłości przeciętnego człowieka w technicznej obsłudze poszczególnych urządzeń, która jest konsekwencją masowej dostępności do nowinek, będącej efektem przystępności cen oraz uproszczeń w samej obsłudze – z pozycji specjalistycznych przemieszczającej akcenty w stronę intuicyjną przy jednoczesnym deficycie refleksji nad naturą danego medium (urządzenia, gadżetu), tzn. brakiem swoistej "nadbudowy humanistycznej". Inaczej rzecz ujmując: użytkownik nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji – zarówno tych pozytywnych, a tym bardziej negatywnych – jakie wywoła na płaszczyźnie idei, w obszarze gustu, w relacjach międzyludzkich, krótko mówiąc: w przekazie, sprawne lecz bezrefleksyjne poruszanie się w środowisku nowych mediów. W tym co niby cyfrowe, a przenikające do codziennego funkcjonowania w sztuce (z dużym naciskiem na sztukę życia). Z wirtualnych i technicznych poziomów na poziom analogowych, prozaicznych funkcjonalności.

W codziennym życiu współczesnego konsumenta dóbr w stechnicyzowanym, odhumanizowanym świecie kalek, hybryd, zapożyczeń i epigońskich serwów promyk nowego można znaleźć zarówno w akademickim dyskursie o ponowoczesności, jak i wśród amatorów obdarzonych przywilejem autentyczności. Tak więc "nadmiar wiedzy może zabijać intuicję", ale jej brak powoduje, że żyjemy – jak to ujął Stanisław Lem – wśród barbarzyńców pierwotnej cywilizacji elektronicznej. Historia w histerycznym odwiecznym cyklu zatoczyła koło: Wróciliśmy do jaskini. Z której, jakże nieśmiało, nieliczni wychylają web... ki.

Zawodowcem może być i zabójca (marzeń). Amator (dobrej zabawy) może rzucić (zupełnie nowe) świat(ło) na kolana. Większość z nas jest już nie tylko odbiorcami, ale i w coraz większym stopniu nadawcami komunikatów. Dlatego, jakże często, „modlimy się” i nawet stojąc, pozostajemy na klęczkach – w postawie proszącej wobec siły rażenia poszczególnych rankingów, zestawień, statystyk, sezonowych mód, ale przede wszystkim w stosunku do nas samych (nie/dyskretny status selfie!). Tworząc obszar, w którym nie ma miejsca i czasu na wymianę argumentów. No bo skoro sami mamy (nadaliśmy go sobie) status Boga, co guziczkiem może stwarzać nowe światy, dawać i odbierać, stracić bądź zachować życie, po jaką cholerę nam jakikolwiek dialog? Skoro wszystko gra, możemy "zabawić się na śmierć".

Jeżeli nawet słyszymy, nie słuchamy. Tym samym wybieramy nie tyle pomiędzy powagą profesjonalnej narracji a siermiężną amatorszczyzną, co między opcją: "za" (enter) a ostatecznym rozwiązaniem: "przeciw" (backspace) – w kontekście opłacalności, gdzie reszka (reszka!) jest milczeniem. Bez niuansów. Bycie w życiu zawsze ma przewagę nad niebyciem, a życie w obiegu nad śmiercią publiczną. Fuckt. Chęć przynależności doprowadzona do nadmiaru propozycji, w których efektowność formy zabija efektywność myślenia. A jak dawno, dawno temu napisała Manuela Gretkowska – amatorka... dobrej zabawy – pisanie jest funkcją myślenia. Już Tyrmand określał siebie mianem dyletanta. W czasach specjalizacji to luksus, na który... stać wszystkich, ale tylko nieliczni "pozwalają sobie" na niego.

Nie stawiam tez. Raczej znaki zapytania. I popylam. Do roboty. Bardziej zależy mi na relacji, niż racji. Racja jest bezwzględnie nudna! Zatem ten tekst nie mógł być zbyt mądry. Zależało mi, aby czytelnik spokojnie mógł pomyśleć, że autor jest głupszy od niego. Jeżeli to się udało – znaczy sukces.

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany sobota, 11 kwiecień 2020 22:25
reklama
reklama