Oskarżam Was. Wszystkich. Bez wyjątku. O przyczajenie się w okopach. Okopanie się szpadlem. Wieloletnie. Złotą łopatką. Po głowie. Grudkami. Grabkami. O grabienie pod siebie.

O robienie... wielkiego hałasu o nic. O stawianie zasieków i wypowiadanie pięknych słówek, zbudowanych z własnych ograniczeń. Wmawianie, że te ograniczenia wjadą do piaskownicy na białym koniu. Bez pokrycia. Bez elementarnej argumentacji, która prowadziłaby do wyciągania wniosków. Za to z obraną tezą… jak błyszcząca trawa, świeżo odmalowana na przyjazd pierwszego sekretarza.

Wasze słowa mdlą mnie. Ich wymiar estetyczny jest na poziomie lukru rozlewanego na serce z piernika. Nienawidzę Was. Wszystkich. Bez wyjątku. Za to, że nie da się z Wami normalnie pogadać. Że wszystko krytykujecie. A następnie polewacie lukrem – tanich, bo słowa nic nie kosztują, i drogich, bo więcej macie z ekonoma niż z ekonomisty – obietnic. Wasze boje są z innej bajki. Jak błąd założycielski, który z morza robi może, a więc także z rzeczownika zabezpieczającego narwańców przed utonięciem robi czasownik, bo musicie wojować, żeby na siłę udowodnić coś sobie. Dogryzacie. Odwracamy się plecami. Skaczemy na główkę z bezsilności. Krzyczymy. Coraz więcej krzyku, z którego i tak prawie nic nie wynika. W końcu tracimy głos. Skrzeczymy w wirtualnych światach. Plujemy się. A cała ślina idzie w piach, albo ginie w wodzie. Totalne lanie wody. W końcu ludzie olewają. Swój los. A co dopiero los drugiego.

Kładki są chwiejne jak operetkowe mrzonki snute przez pierdołę o wybawieniu narodu przez emeryta. Ale ten, zapatrzony w czubek własnego zadka, czyli w przeszłość, zabiera swoich na stateczek, a innym, konsekwentnie, z coraz większym przekonaniem o bezkarności, pluje prosto w twarz. Część tego jadu ginie w wodzie, niczym setka (ludzi, nie wysokoprocentowego alkoholu!) na suchym lądzie na Wschodzie. Mity założycielskie, zamiast łączyć, jeszcze bardziej zalewają okopy.

Kapie Wam z nosa, zamaskowani tubylcy, którzy nie znosicie tambylców. Stateczek ma coraz ładniejszą dekorację. Goździk wystaje z bocianiego gniazda. Mówicie, że nie mówię po ludzku?! Tutaj nie ma już ludzkiego głosu. Oskarżycielski skowyt zagarnął inteligencików. Zeszli do podziemi, do tego całego undergroundu, do którego wszyscy ich wyganiali. Żeby grzebali w swoich grach. Jak w gratach w ładowni. Gierkach słownych. I zagrali się na śmierć. Oddali pole pragmatykom. No to macie! Order starego kawalera bez uśmiechu. Z kotem własnych obsesji. A ja jak lustro. Zniechęcony. Bez wyrazu. Poplułem się z wrażenia i nic. Nic z tego. Zszedłem w wycofanie. Symbolicznie oddałem pola.

Jak ja Was nienawidzę. I oskarżam. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Forma zagarnęła treść. Temat przepadł. Do tego jeszcze ten wirus. Kombinowania. Prawa Kalego multiplikowane, implementowane w pokawałkowany świat. W wyrywkowy, poszarpany obraz rzeczywistości. Na długość własnego czubka. Nos królem! Pinokio na Pinokiu. Nie podniecajcie się maseczkami. To minie. Ale kto zdejmie maski z Waszych nabuzowanych twarzy.

Oskarżam nas. Wszystkich. Bez wyjątku. W pierwszej kolejności siebie. Czy jesteś w stanie oskarżyć siebie w sobie? Wyjść na chwilę z roli? Zagrać sobie na nosie? Przegonić muchy? Ten felieton składa się z liter. Wszystko, co najważniejsze, mieści się poza ich zasięgiem. Jeszcze przez chwilę potowarzyszy Tobie, nawet jeśli patrzysz teraz, po tych wszystkich linijkach, na te wyrazy, one za chwilę przeminą. Tak jak dzień dzisiejszy. Dzisiejsze groteskowe boje. Na oceanie wody. Jak burza w szklance. Zostanie tylko to, co pomiędzy słowami. Przyjdzie nowe, z nim nowe pokolenie, ani się obejrzysz. Dziecko wyleje kaczkę wraz z kąpielą. Ale zanim to nastąpi, długo jeszcze będziemy bić pianę.

Oceń ten artykuł
(3 głosów)
Ostatnio zmieniany niedziela, 03 maj 2020 18:37
reklama
reklama