Sierpień miesiącem trzeźwości

sierpień 04, 2020 250

Ostatnio przeczytałem gdzieś, że nasz rodzimy kult maryjny zahacza o herezję. Zrobiła nam się w kraju Czwórca Święta. Tu, gdzie kobieta mniej zarabia, gdzie generalnie to ona ma wieszać pranie, gotować obiadki, cerować i haftować. O, pardon, z haftowaniem to już, co najmniej, równouprawnienie. Zwłaszcza w sobotnie poranki. Szwenda się (na)turystka po takim, czy innym Koniakowie i hekluje. Sztrykuje po koniaku, aż miło. Miłość stanęła w gardle – skrzeczy i błaga o kawałek buły.

Silimy się na góralszczyznę. Janosikujemy, ale nie tak jak ten zbójnik honorny, tylko inaczej. Chcemy, żeby zabrano bogatszym od nas i dano nam. Co w tym złego? – jeśli ktoś przeczytał pięć tomów spośród całej serii o nieśmiertelnym tytule "W poszukiwaniu straconego czasu", spokojnie może dać nam cztery cegły, sobie zostawiwszy wspomnienie nieprzespanych nocy. Postawimy takie książki na półce, podeprzemy podpórką i będziemy na czasie. Dziwny wywód? – zawsze mnie to fascynuje, nie tylko wtedy, gdy letnie słońce gorąco przyświeci – w tej czy innej grze słów.

Czemuście tacy logiczni, łapiecie za słówka tutaj, a na co dzień łykacie jak tuczona gąska wszystko jak leci? Słowa już dawno, a najmniej od lat kilku, straciły na znaczeniu. No bo jak – tacy młodzi na przykład głosowali na bosaka (gra słów, bo przecież słoma z butów wyłazi jak ta lala!), ale czy oni, głosując tak gołosłownie, wczytali się, że ich idol chce nasz grajdołek wyprowadzić od cycka Brukseli? I żeby rozwodów w ogóle nigdy żadnych nie było. A dziecka zawsze i wszędzie, czy to z gwałtu, czy chwilowego samozachwytu, zawsze, bez znaczenia. "Chamiejemy" – takie kazanie, lat temu "dziesiąt", wygłosił uwielbiany przez studentów małopolski kaznodzieja. Długo dudniło w uszach, w krwi, w mózgownicy, nie przymierzając.

Nie obudziłem się dzisiaj w zagrodzie przy górach. Dobrze pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych z mównicy sejmowej padło: “Mówiąc o ciąży niepożądanej, trzeba założyć, że kobieta jest wiatropylną". No masz ci los, w tej wspólnocie cesarza i bożków, która od kilku sezonów odnowiła przymierze z ludowym Kościołem, w którym patos i egzaltacja nijak mają się do pokory dnia codziennego. Jakże cudnym krajem mógłby być – hipotetycznie – kraj chrześcijański. Nawet za wolność przekonań by nie kamienowano, nie stygmatyzowano, nie wykluczano, niechby słowem.

Nie szłyby bluzgi w Internecie, gdzie co drugi Górall Anonim dokazuje jakby jutra miało nie być. Jak może trzeźwość osądu iść ramię w ramię z wszechobecnym bluzgiem? I nie chodzi wcale o tych parę słów brzydkich, lecz o nienawiść do wszystkiego co inne, odmienne – a więc wywołujące strach. I agresję. Może ta cała demokracja nie jest dla nas. Paradoksalnie: Nie jest dla mas. Tęsknota za carem, cesarzem, królem Polski, naszym wioskowym szamanem, który prawo nagnie, ale dopłat da do wszystkich plusów, jest tak wielka, że nawet konwencję chroniącą prawa kobiet, a co dopiero praworządność gotowi jesteśmy porzucić. Chcemy być w elitarnym klubie – tylko i wyłącznie w imię praw. Zobowiązania zastępujemy hasłami o dziejowej sprawiedliwości.

Uwierzyliśmy, a nawet więcej – wyparliśmy fakty i jesteśmy święcie przekonani, że kulawą wolność wywalczył nam, dla nas i za nas, tylko niejaki "(…) i Lolek" – wymazując bohatera dawnej Sierpniowej Legendy. Z każdym dniem dochodzimy do prawdy jak Antoni – patron rzeczy zagubionych. Pośród parówek i puszek, na wolnym ogniu, szukamy czegoś, co jest blisko, marząc o nowej uczcie bogów.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany wtorek, 04 sierpień 2020 20:37
reklama
reklama